W ŻYCIU

Tajemnica zbrodni sprzed 25 lat: ojciec wciąż czeka na prawdę

opublikowano: 25 LISTOPADA 2019, 19:16autor: Karolina Gawlik
Tajemnica zbrodni sprzed 25 lat: ojciec wciąż czeka na prawdę

Jeśli można kogoś poznać przez listy, które pisze, to chyba mogę powiedzieć, że czuję, kim był Robert. Gdybyśmy na siebie trafili w latach 90., pewnie gadalibyśmy dużo o życiu i grali na gitarze. W rzeczywistości poznałam ojca, który tęskni za nim od blisko 25 lat. I policjanta, który jest coraz bliżej rozwiązania zagadki głośnego zaginięcia.

Reklama

Kiedy Lech Wójtowicz otwiera drzwi, rzuca mi się w oczy jego serdeczny uśmiech. Serwuje herbatę, słone paluszki i sernik, który wcześniej przyniosła mu sąsiadka. 

Tego dnia pan Lech się cieszy, że ktoś z nim siedzi, gada, docenia imbir w herbacie. I najważniejsze: wraca do wydarzenia, które diametralnie zmieniło jego życie blisko 25 lat temu. W styczniu 1995 roku syn Robert wyszedł na wykłady i już nie wrócił.

Nie sposób zapomnieć

Dziś wiadomo, że chłopak został zamordowany. Tak ustaliło Archiwum X, które otworzyło ponownie śledztwo w 2015 roku. Wtedy po raz pierwszy zetknęłam się z historią Roberta. Miał w sobie coś, co nie pozwala o zapomnieć o tej sprawie.

 Zobacz archiwalny reportaż

Osiedle Złotego Wieku w Nowej Hucie – tu widziano Roberta po raz ostatni. Pan Lech mieszka w tym samym bloku, co wtedy. W szafie syna dalej są jego ubrania, na półce kasety, płyty, książki. Nad biurkiem wisi bursztynowy krzyżyk, który zawsze nosił; wyżej leży połamana już gitara, na której lubił grać. Studiował psychologię na UJ. Gdy zaginął, był niewiele młodszy ode mnie.

Ojciec pracował w Magnitogorsku, niedaleko granicy rosyjsko-kazachskiej. Wymieniali się listami. Ostatni jest z 10 stycznia. Robert pisał w nim m.in. o zbliżającej się sesji egzaminacyjnej i opowiadał o sylwestrze, który spędził z gronie znajomych z duszpasterstwa w Mistrzejowicach.

Lech Wójtowicz, ojciec zaginionego Roberta:
Krótki to był list. Kończył się jak wiele innych: „Pozdrawiam Tatusia, kochający Syn”. 20 stycznia nie miał mnie już kto pozdrawiać

Wszystkie listy Wójtowicz ma schowane w dwóch pokaźnych segregatorach. Oprócz tego ostatniego, który trafił do akt Archiwum X. Upór pana Lecha w dotarciu do prawdy, skrzętne kolekcjonowanie wszystkich wycinków z gazet, zdjęć, dokumentów okazały się bezcenne w śledztwie.

Robert połykał książki. Jego zapiski są pełne bardzo dojrzałych, głębokich przemyśleń. To przyciągnęło uwagę szefa Archiwum X – człowieka, który sam jest chodzącą encyklopedią filozofii. Myślę, że to w dużej mierze decyduje o sukcesach jego zespołu.

Bogdan, szef krakowskiego Archiwum X Detektyw powinien patrzeć sercem, nie szablonem. Zachowania, decyzje, kroki, jakie podejmuje jednostka, dobrze analizować przez pryzmat miłości. I pamiętać, że człowiekowi bliżej jest do irracjonalności niż racjonalności.

Wrażliwy, dużo się modlił

W jednym z listów Robert pisał, że nie oczekuje niczego od świata, bo to on ma coś temu światu dać. Zanim poszedł na psychologię, chciał zostać lekarzem. Zrezygnował z Wojskowej Akademii Medycznej, bo nie wyobrażał sobie pomagania ludziom, którzy do siebie nawzajem strzelają. Dużo się modlił.

Śledczy przyznają: ta wrażliwość mogła być jego największą słabością. Ojciec dodaje: on by nikomu niczego nie odmówił, bardzo ufał ludziom.

Pan Lech nie może zrozumieć, czemu syn się zmienił. W listach jakby posmutniał. W jednym z nich, z 1993 roku, zaznaczył ołówkiem ten etap, pod hasłem: „początek całego zła”. Sam Robert nazywa ten proces „obudzeniem z długiego snu, wyjściem ze ślepej uliczki, wielką rewolucją”.

Może chciał się odciąć? Może sam zrobił sobie krzywdę? Szef Archiwum X odrzucił te hipotezy. Na chwilę przed zaginięciem Robert prosił mamę o uszycie białego kitla na jasełka w duszpasterstwie. Został przyjęty na kolejny kierunek studiów. Nie wziął ze sobą żadnych kosmetyków, a przecież bardzo o siebie dbał. To tylko niektóre z przesłanek.

Coraz bliżej prawdy

Śledczy muszą się przenieść do realiów lat 90., gdzie nie ma Unii Europejskiej, telefonii komórkowej, internetu. Są jednak płaszczyzny, gdzie ten upływ czasu wręcz pomaga – zapewnia kierownik Archiwum X.

Komisarz nigdy nie obiecuje, że doprowadzi sprawę do postępowania sądowego. Wie, jakie schematyzmy panują w wymiarze sprawiedliwości. Obiecał jednak ojcu, że dowie się prawdy. Jeden, kluczowy jej element już zna: morderca był znajomym Roberta.

Wójtowicz mówi, że mu wybaczy. Teraz marzy tylko o tym, żeby policja odnalazła ciało syna. Zrobiłby grób. Może spotykaliby się przy nim z rodziną. Po zaginięciu Roberta zamilkli, nie przetrwali tej próby.

Lech Wójtowicz:
Robuś został pogrzebany przez mordercę i nie było przy nim nikogo. Ta myśl nie daje mi spokoju. Ta rana się nie zagoiła, przyschła tylko. Nie tak miała wyglądać starość

Uśmiech z twarzy pana Lecha znika po kilku godzinach rozmowy. Pęka, gdy czyta mi swoje przemówienie, które kiedyś wygłosił do rodzin osób zaginionych. Wtedy przypomina mi się zakończenie jednego z listów Roberta:

„Skorpiony nie umieją pocieszać, ale niech się Tatuś trzyma”.

Reklama

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

Polityka Prywatności