– Był głęboko wierzącym człowiekiem. Nic się nie działo i w jego życiu, i w jego posługiwaniu poza relacją z Jezusem. Myślę, że stąd brała się jego odwaga – o kard. Franciszku Macharskim w 10. rocznicę jego śmierci mówi kard. Grzegorz Ryś.
Reklama
Rok 2016. 2 sierpnia. Godzina 9. 37. – Ta godzina to był ciężki szok dla wszystkich. 9.37 rano, bo wiadomo Jan Paweł II wieczorem – mówi kard. Grzegorz Ryś, który był przy łóżku odchodzącego kard. Franciszka Macharskiego. – Był kimś bardzo ważnym w moim życiu. Im on był starszy, im ja byłem starszy, tym bardziej – dodaje metropolita krakowski w 10. rocznicę śmierci „Franciszka z Franciszkańskiej”.
Kardynał wspomina przede wszystkim człowieka głębokiej wiary, dla którego relacja z Chrystusem stanowiła fundament. – Nic się nie działo i w jego życiu, i w jego posługiwaniu poza relacją z Jezusem. Wszystko inne było drugorzędne. Myślę, że stąd brały się jego odwaga i konsekwencja – ocenia.
Metropolita krakowski zwraca uwagę również na to, że kard. Franciszek Macharski zawsze był blisko swoich wiernych. Przywołuje obraz z 2 kwietnia 2005 roku, kiedy nie poleciał do Watykanu, aby być przy łóżku odchodzącego Jana Pawła II, ale pozostał w Krakowie i modlił się wraz z ludźmi, zgromadzonymi przed Domem Arcybiskupów Krakowskich.
– Wyszedł przed Franciszkańską, uklęknął na ziemi. Tłum ludzi, który tutaj był, uklęknął razem z nim. Ci ludzie przez kilka minut w absolutnym milczeniu się modlili za papieża zmarłego. Potem kardynał wstał, powiedział, że idzie do Mariackiego odprawiać Mszę Świętą i ci wszyscy ludzie poszli za nim – wspomina kard. Grzegorz Ryś. Dopiero później kard. Franciszek poleciał do Rzymu, a stamtąd napisał SMS-a „Tu i tam. Zawsze Wasz”. – To dla ludzi było coś niesamowitego, że jest tam, ale jednocześnie jest ze swoim Kościołem, że pamięta – mówi kardynał.
To wszystko – w połączeniu z prostotą, otwartością, wrażliwością na ubogich – sprawiło, że kard. Franciszek Macharski zyskał wyjątkowe miejsce w sercach wiernych Archidiecezji Krakowskiej. – Tak mówiąc po ludzku, wszystko wygrał w tej diecezji, bo ludzie mieli poczucie kogoś, kto jest z nimi na śmierć i życie, bardzo blisko – podkreśla metropolita krakowski. – Nie wyemigrował z racji na swoje jakieś ważne, własne emocje. Był do końca. Bardzo – dodaje














