W MIEŚCIE

Niesamowita operacja w krakowskim szpitalu. Uratowali i przyszyli uciętą dłoń

opublikowano: 26 LUTEGO 2026, 20:09autor: Jolanta Hofer
Niesamowita operacja w krakowskim szpitalu. Uratowali i przyszyli uciętą dłoń

Są takie historie, które brzmią jak scenariusz medycznego thrillera. Ta historia wydarzyła się naprawdę, tuż obok nas. W Szpitalu im. Rydygiera w Krakowie.

Reklama


To była walentynkowa sobota. Pan Wojciech ciął drzewo piłą tarczową. Zamiast kolejnej porcji drewna piła odcięła jego prawą dłoń na wysokości nadgarstka. Przytomność umysłu zachował kolega, który wrzucił odciętą kończynę do plastikowego worka i pomógł tamować krew z przedramienia.

Czasu było niewiele, żeby zrobić replantację, czyli chirurgicznie przyszyć dłoń. Karetka zawiozła pana Wojciecha do szpitala w Nowym Targu. Jednak tego dnia żaden z ośrodków w Polsce nie  pełnił dyżuru replantacyjnego. Dlaczego? Odpowiedzi systemowe pozostają otwarte. Tymczasem pacjent potrzebował natychmiastowej pomocy.

Kraków nie zamknął drzwi

Mimo braku oficjalnego dyżuru Małopolskie Centrum Oparzeniowo-Plastyczne w Szpital im. Rydygiera w Krakowie przyjęło mężczyznę bez wahania. Zespół pod kierunkiem dr hab. n. med. Anny Chrapusty podjął decyzję: operujemy.

Replantacja ręki to jedna z najbardziej wymagających procedur w chirurgii rekonstrukcyjnej. To nie jest tylko „przyszycie” w potocznym rozumieniu. To wielogodzinna mikrochirurgia: zespolenie kości, ścięgien, tętnic, żył i nerwów pod mikroskopem operacyjnym. Każde naczynie ma średnicę kilku milimetrów, czasem mniej. Każdy błąd może oznaczać martwicę tkanek.

Operacja się udała. Dziś pacjent jest w dobrym stanie ogólnym i miejscowym. Porusza palcami przyszytej dłoni i przygotowuje się do powrotu do domu.

Kim jest „cudotwórczyni” z Rydygiera

Wielu krakowianom nazwisko Anna Chrapusta jest dobrze znane. Od lat mówi się o niej jako o lekarce, która podejmuje się przypadków uznawanych za beznadziejne.  Specjalistka chirurgii plastycznej i rekonstrukcyjnej oraz mikrochirurgii dzieci i dorosłych, od blisko dekady kieruje Małopolskim Centrum Oparzeniowo-Plastycznym. Przyszywała już odcięte dłonie, rekonstruowała rozległe oparzenia,  przywracała funkcje narządów, które dla innych były stracone. Pacjenci mówią o niej „cudotwórczyni”. Ona sama zwykle odpowiada, że to praca zespołowa i medycyna na najwyższym poziomie. I może właśnie w tym tkwi sedno tej historii.

Sytuacja, w której liczą się minuty

To nie jest tylko opowieść o spektakularnej operacji. To historia o odpowiedzialności i o tym, że w krytycznym momencie ktoś nie powiedział: „Nie mamy dyżuru”.  Walentynki zwykle kojarzą się z serduszkami i kolacjami przy świecach. W tym roku w Krakowie były też symbolem innego rodzaju miłości. Do zawodu, do pacjenta, do medycyny.

I może właśnie dlatego ta historia, choć zaczęła się od dramatu, kończy się czymś więcej niż medycznym sukcesem. Kończy się dowodem, że w Krakowie są miejsca, w których drzwi naprawdę się nie zamyka. Jednocześnie poznając tę historię oraz jej głównych bohaterów – pacjenta i lekarkę – na konferencji prasowej w Szpitalu Rydygiera,
dowiedzieliśmy się, że na system nie można było liczyć. Tylko i aż na mobilizację i poczucie misji lekarzy i personelu medycznego krakowskiego szpitala.